Fragmenty starych dzienników Alice Heathfield, znanej później jako Alice Cullen. Życie sprzed przemiany. Zapomniane życie, na tyle trudne, że wyłączone ze zwspomnień Alice Cullen. Życie głęboko zamknięte w starym kufrze.



Obudziłam się z głową opartą na ramieniu rannego mężczyzny. Natychmiast ogarnęło mnie zakłopotanie i spłonęłam rumieńcem.
-Proszę, proszę. Panna Heathfield zaprzyjaźniła się z naszym skazańcem.-krzyknął Reynolds, szeregowy, który nigdy nie miał nic ciekawego do powiedzenia, a największą przyjemność sprawiało mu kpiarstwo i żarty, których dojrzali mężczyźni nie mają zwyczaju opowiadać, a już na pewno nie w towarzystwie dam.
Sierżant Monroe zareagował natychmiastowo: -Reynolds, jeśli nie potrafisz z szacunkiem odnosić się do kobiet, to najlepiej milcz w ich towarzystwie. -byłam wdzięczna, że bez wahania stanął w mojej obronie. Pomógł mi wstać, a ja obdarzyłam go uśmiechem.
-Przepraszam za Reynoldsa, to jeszcze dzieciak. Prawdę mówiąc, obawiam się, że jest niereformowalny. Zatrzymamy się w jednej z okolicznych wiosek, trzeba napoić konie. Mam na względzie również panią i pani siostrę, pewnie zechcecie spędzić trochę czasu z dala od towarzystwa mężczyzn, zaczerpnąć odrobiny prywatności. -powiedział Monroe.
-Sierżancie, dziękuję za wszystko, co pan dla mnie robi.
-Nie robię tego dla pani, to tylko interesy, zawarta umowa.- zranił mnie tymi słowami. Dlaczego człowiek, który broni mojego honoru, po chwili staje się tak oschły... Wrogo nastawiony... Przez chwilę poczułam się jak mała skarcona dziewczynka.

Przed południem dotarliśmy do Roseville. Lisa przez całą drogę rozmawiała z Thunderby'm, nie spuszczając z niego wzroku. Zaczęła mnie niepokoić rodząca się między nimi zażyłość. Raymond Thunderby był mężczyzną w moim wieku. Już sam fakt, że wdawał się w długie rozmowy z dwunastolatką budził mój niepokój. Postanowiłam porozmawiać z nim, gdy tylko nadarzy się stosowna okazja.

Bez trudu znaleźliśmy gospodarstwo, w którym pozwolono nam się zatrzymać. Razem z Lisą zaniosłyśmy swoje rzeczy do pokoju córki gospodarza. Eve była ciemnowłosą kobietą, trochę przy tuszy, chętnie nas ugościła i zdawała się nawet cieszyć z tego, że przez parę najbliższych dni przyjdzie nam razem mieszkać.Odrazu znalazłyśmy ze sobą wspólny język, czułam, że mogę jej zaufać.

-Jednego nie rozumiem... Dlaczego tak bardzo wzbraniałaś się przed małżeństwem z Greymanem?-zapytała, gdy siedziałyśmy razem przy podwieczorku.
-Wolę być wolna i szczęśliwa, niż zniewolona i nieszczęśliwa, a tym jest przecież związek bez miłości.-odpowiedziałam po krótkim namyśle.
-Gdybym była na twoim miejscu, zachowałabym się inaczej. Są ważniejsze rzeczy niż uczucie, a i uczucie może się kiedyś pojawić.
-A jeśli się nie pojawi? Czy jest coś gorszego od dzielenia życia z człowiekiem, którego darzysz niechęcią?
Eve zamilkła na chwilę, po czym powiedziała:
-Nie wiem co jest gorsze, życie z człowiekiem, którego nie kochasz, czy życie w samotności i staropanieństwo.
-Eve.. o czym ty mówisz? Jesteś młoda, jeszcze wiele niespodzianek losu przed tobą. Dlaczego tego nie dostrzegasz?- nie wiedziałam, że tym pytaniem ściągnę na nas lawinę trudnych tematów, przykrych wspomnień, pełnych bólu i rozpaczy. Nie taki był mój zamiar. Okazało się, że Eve miała już narzeczonego i wyznaczony dzień zaślubin. To właśnie tego dnia, gdy ona i Thomas mieli składać sobie przysięgę, znaleziono go w gęstwinach, z rozerwanym gardłem. Do dziś, Eve nie poznała tajemnicy tego okrutnego mordu i cierpi, nie mogąc pomścić śmierci ukochanego.

Zasnełam tej nocy wyjątkowo szybko. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo zmęczyły mnie te wszystkie rozmowy. Jednak i to nie trwało długo... Wyrwana ze snu poczułam, jak ktoś lekko mną potrząsa..
-Panno Heathfield, proszę... proszę... proszę niech się pani obudzi. Błagam.-stał nade mną jeden z szeregowych, którego imienia nie zdążyłam jeszcze poznać. W jego oczach malowała się rozpacz mieszająca się z przerażeniem...
FanFiction Maker
Nastrój:
Kategoria: Twilight Fiction
Fragmenty starych dzienników Alice Heathfield, znanej później jako Alice Cullen. Życie sprzed przemiany. Zapomniane życie, na tyle trudne, że wyłączone ze zwspomnień Alice Cullen. Życie głęboko zamknięte w starym kufrze.



Sierżant dotrzymał słowa. Zabrał ojca do szpitala i zapewnił mu dobrą opiekę, wciąż trudno mi było zostawić ojca, ale przynajmniej wiedziałam, że zostawiam go w dobrych rękach. Załatwianie formalności zajęło nam kilka dni, dlatego sierżant i jego ludzie na ten czas, zatrzymali się w domu mego ojca.

Lisa zadawała mi wiele pytań o naszych gości, starałam się odpowiadać na wszystkie, ale nadszedł moment, w którym zmęczyłam się dociekliwością siostry. Szeregowy Thunderby najwyraźniej to zauważył i postanowił mnie wyręczyć, bylam mu niezmiernie wdzięczna. Lisa prawdopodobnie też, ponieważ utrzymywała, że Raymond Thunderby jest człowiekiem, którego w przyszłości poślubi. Ostatnio w każdym napotkanym mężczyźnie, który był dla niej miły, widziała swojego ptzyszłego męża. Nie przejmowałam się tym jakoś specjalnie, ponieważ domyślałam się, że Lisa różnymi sposobami chce zwrócić na siebie uwagę i jeśli będę ignorować tę sytuację, po prostu w pewnym momencie jej to przejdzie.

Wyruszyliśmy piątego dnia od naszego pierwszego spotkania. Ludzie na ulicach zwracali uwagę na dwie kobiety podróżujące pośród wielu mężczyzn, czasami krzywili się, ponieważ uchodziło to za bardzo nietaktowne. Niektórych raziło to, do tego stopnia, że nie byli w stanie się ze mną przywitać, chociaż znali mnie od lat. Dopiero w takich sytuacjach można się dowiedzieć, czyja przyjaźń jest naprawdę szczera. Byłam zdziwiona, ponieważ zwykłam zakładać, że ludzie z którymi mam do czynienia są wobec mnie w porządku. Tymczasem, ani jedna osoba z mojego otoczenia, którą mijaliśmy po drodze, nawet nie skinęła głową w odpowiedzi na moje powitanie. Nikogo nie interesowało, dlaczego wyjeżdżam, dlaczego zostawiam ojca. Teraz wiedziałam, że nie zostawiam za sobą nic, za czym mogłabym tęsknić. Może... może tylko ten las, do którego przywykłam chodzić...

W czasie podróży sierżant Monroe dopytywał się o zdrowie chorego. Na szczęście udało mi się go uprosić, by pozwolił rannemu mężczyźnie podróżować w posłaniu, bez tego okropnego drewnianego pala, do którego wcześniej był przywiązany.
-Sierżancie, czy naprawdę interesuje pana zdrowie tego człowieka? Zdawało mi się, że nie myśleliście o tym, dopóki nie zatrzymałam powozu.
-Odważna z pani kobieta panno Heathfield. Nie boi się pani mówić co  myśli. Rzeczywiście kłamałbym, gdybym powiedział, że zależy mi na losie tego chłopaka. Proszę mnie zrozumieć, w swoim życiu widziałem już wiele, wewnętrzne poruszenie stało się dla mnie czymś obcym. Jednak... zaintrygowała mnie pani. Mało która kobieta miałaby w sobie tyle odwagi by zatrzymać powóz pełen mężczyzn w obronie nieznanego sobie więźnia. Jest pani wyjątkowa, Alice. - Monroe patrzył mi prosto w oczy, poczułam, że kiedyś był dobrym człowiekiem, wrażliwym na krzywdę innych, ale dziś... Dziś każda blizna na jego twarzy była symbolem stopniowo utracanej wrażliwości. Onieśmieliło mnie jego wyznanie, ale nie tracąc głowy odpowiedziałam:
-Sierżancie, proszę nie wprawiać mnie w zakłopotanie. Widzi pan, w ostatnim czasie pewien człowiek dał mi się we znaki, narzucając się mnie i mojemu ojcu, do tego stopnia, że straciłam poczucie bezpieczeństwa. Nie chciałabym obawiać się również pana...- moim zdaniem Monroe zasługiwał na szczerość, mimo stwardniałego serca, udzielił pomocy samotnej kobiecie i jej siostrze, co więcej zapewnił opiekę ich ojcu.
-Może pani na mnie liczyć, panno Heathfield. -powiedział pewnie sierżant i rzeczywiście mu uwierzyłam.

Wieczorem siedziałam przy posłaniu chorego, niechlujnie urządzonym na powozie. Nie wiedziałam o nim nic ponad to, co wcześniej powiedział Monroe. Ludzie sierżanta też nie wiedzieli o tym człowieku nic, poza tym, że to zbiegły więzień. Ranny mężczyzna nadal leżał w śpiączce, zaczęłam się obawiać, że już się nie obudzi. Gorączka nie ustawała, chociaż rany goiły się. Trudno powiedzeć, jak długo jechał wcześniej taki poraniony, być może wdarło się zakażenie, ale niestety nie miałam takiej wiedzy, by móc to sprawdzić. Regularnie przemywałam mu rany i zmieniałam zimne kompresy. Te rany, były bardzo specyficzne, nigdy takich nie widziałam... Wszystkie były w kształcie półksiężyców i równe, jakby zadane z dużą precyzja. Było to o tyle dziwne, że zwierzę kąsało go tak dziko, a równocześnie tak precyzyjnie. Co więcej, nie mogło to być żadne ze znanych mi zwierząt.
Mężczyzna, co jakiś czas miotał się dziko, jakby próbował przed czymś uciec, czasami też majaczył, ale słowa wychodzące z jego ust nie układały się w żadną sensowną całość. Gdy ojciec mój leżał w śpiączce, lekarz zalecił do niego mówić, podobno zwiększa to prawdopodobieństwo zbudzenia się. Na mojego ojca sposób ten faktycznie zadziałał. Postanowiłam więc, wypróbować go i teraz. Zaczęłam opowiadać rannemu, co się dzieje, jakie okolice mija nasz powóz, mówić mu trochę o sobie. To opowiadanie pochłonęło mnie tak bardzo, że zasnęłam przy nim, z tkaniną do przecierania ran, w dłoni.
FanFiction Maker
Nastrój:
Kategoria: Twilight Fiction
tagi:
Fragmenty starych dzienników Alice Heathfield, znanej później jako Alice Cullen. Życie sprzed przemiany. Zapomniane życie, na tyle ciężkie, by nie móc stanowić części wspomnień Alice Cullen. Życie głęboko zamknięte w starym kufrze.



Rankiem, gdy Linda przyniosla mi do pokoju przesyłkę od Lorda Greymana, nie miałam ochoty wstawać z lóżka. Ten człowiek burzył swoją nachalnością moje poczucie bezpieczeństwa. Wiele razy mu odmawiałam, a on wciąż narzucał mi się ze swoimi prezentami, wizytami. Miałam trzynaście lat, gdy ojciec przyprowadził go po raz pierwszy. Chciał, żeby ten trzydziestoletni kawale został w przyszłości moim mężem. Lord Greyman był bardzo przystojnym mężczyzną, ale czułam do niego tylko niechęć. Linda, nasza pokojówka, mawiała, że Greyman jest najlepszą partią w mieście, że bardzo mi zazdrości. Wiele razy usiłowałam jej wytłumaczyć, w uprzejmy sposób, że ja i Greyman to niespełniona historia, która nigdy nie znajdzie swego zakończenia. Ale bezskutecznie. Linda najwyraźniej myślała, że jestem przesadnie skromna i ją kokietuję. Od czasu, gdy Greyman pierwszy raz pojawił się w naszym domu minęło już siedem lat, a on wciąż nie daje za wygraną.
Jednak, nasza sytuacja się zmieniła. Ojciec zachorował i stanęliśmy w obliczu bankructwa. Greyman wykorzystal tę sytuację i zlożył ojcu propozycję. Zaoferował mu bardzo dużo pieniędzy i spokojną starość, w zamian za moją rękę. Ojciec odmówił, znając mój stosunek do całej sprawy. Wiedziałam, że to tymczasowe. W końcu, dojdzie do sytuacji, w której będzie musiał przystać na jego warunki, wszystko po to, by zapewnić godny byt, mnie i mojej młodszej siostrze Lisie. Ojciec nie mógłby umrzeć w spokoju, gdyby nie miał pewności, że ktoś zajmuje się nami, że nie jesteśmy pozostawione same sobie. Bałam się tego dnia i życia, które wówczas mnie czeka. Życia u boku starego Lorda Greymana. Każdy upominek od niego był zapowiedzią tej strasznej przyszłości.
Większość dni upływała mi spikojnie na praktykowaniu różnych kobiecych zajęć. Jednak była to pewna przykrywka, dla wolnego ducha, który zawsze mnie prowadził, gdziekolwiek się znalazłam. Lubiłam chodzić na samotne spacery do lasu i pojawiać się na róznych przyjęciach, w różnych miejscach samotnie, bez męskiego towarzystwa i rozmawiać o polityce, o nauce z mężczyznami. Spotykało się to z dużą dezaprobatą, ponieważ nie były to tematy, na które wypada się wypowiadać kobiecie.
Dzisiaj, gdy nastał wieczór, mimo deszczowej pogody zapragnęłam wybrać się na spacer. Gdy szłam między ciasnymi uliczkami, zobaczyłam jak mundurowi wiozą na specjalnym wozie młodego mężczyznę, z rękami związanymi ciasno wokół drewnianego pala. Wyglądał na nieprzytomnego, mocno krwawił z wielu miejsc. Rany zdawały się być śladem ataku jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Zatrzymałam powóz.
-Panie, dokąd wiezieciee tego człowieka? Czym sobie zasłużył na takie traktowanie?- zapytałam.
-To zbiegły więzień. Na nasze szczęście, jakiś dziki zwierz złapał tego uciekiniera. Wieziemy go z powrotem do więzienia. -odpowiedział wąsaty mężczyzna.
-Ależ ten człowiek umrze, zanim dotrzecie do bram więzienia, jeśli żaden z was go nie opatrzy. A jeśli umrze, to dostaniecie wyrok za nieposłuszeństwo i niedowiezienie więźnia. W waszym interesie jest zadbać o jego bezpieczeństwo.-powiedziałam. Zrobiło mi się naprawdę żal tego człowieka, czułam, że muszę i chcę mu pomóc.
-Cóż, ma panienka rację. Sierżant Monroe, kłaniam się.- przedstawił się.
-Alice Heathfield, sierżancie.
-Jak proponuje panienka rozwiązać tę sytuację?- zapytał sierżant. Zrozumiałam wówczas, że jest to jedyna okazja by zmienić życie swoje i Lisy, jedyna, która może odwrócić bieg wydarzeń, i spowodować, że historia potoczy się zupełnie inaczej. Wiedziałam co zrobić.
FanFiction Maker
Nastrój:
Kategoria: Twilight Fiction